piątek, 3 czerwca 2016

Księga II Rozdział 10

komentujesz-motywujesz 

Sam



Chłopak, był przerażony. Jego pieprzona mamusia miała jego dziewczynę. Kilka lat temu, zrobiła parę nie ciekawych rzeczy, krótko mówiąc przeszła na ciemną stronę mocy. Od chwili w której próbowała zabić Sama minęło osiem lat i od tamtej pory nikt jej nie widział. Choć wszyscy jej szukali, przez wiele lat udawało jej się pozostać w ukryciu. Nikt się nie spodziewał, że kiedyś wróci. Nikt nie miał pojęcia, że porwie Lunę. No bo niby dlaczego właśnie ją? Miała do wyboru wiele innych osób, a wybrała właśnie ją. Jedna Sam wiedział, dla czego ona to robi. Chciała go złamać. Kiedyś mu to obiecała. Powiedziała mu, że jest nikim. Urodziła go tylko dlatego, żeby zbliżyć się do Jace'a. Nigdy, ale to przenigdy nie kochała go. Mówiła to z ogromnym przekonaniem, a serce chłopca pękało, ponieważ do tej pory mama była jego całym światem. Miał tylko dziewięć lat. Lecz tera wszystko się zmieniło. Nie był już małym chłopcem, tylko mężczyzną, który jest oddać życie za dziewczynę którą kocha. Jego ojciec gdyby wiedział, że Clary żyje to by nigdy nie przestał jej szukać, Sam nie będzie gorszy. Nie spocznie do puki jego dziewczyna nie będzie bezpieczna. Właśnie w tej chwili wchodzi do mieszkania jedynej osoby która może mu pomóc odnaleźć Lunę. Jest nią nie kto inny jak sam Sebastian Morgenstern. Wiedział, że nie powinien tego robić. Matka jego ukochanej kategorycznie zabroniła zbliżać się Lunie do wuja. Lecz Luna to Luna, ona się nikogo nie słuch. Dziewczyna uważała, że to co zrobił jej mamie jest chore, ale bynajmniej nie zamierzała zakończyć kontaktów z nim, ponieważ rodzina to rodzina. W szczególności liczyło się to, że był on jej jedynym wujkiem, a ona zawsze bezgranicznie go kochała, więc poszli do niego. Za pierwszym razem nie obyło się bez wrzasków, przekleństw i tym podobnym. Sam żałował, że nie zna Hiszpańskiego, bo ona używała go w tej rozmowie najczęściej. Później jednak doszli do porozumienia. Wuj ją przeprosił, opowiedział jej wszystko, a ona mu przebaczyła i od tamtej pory spotykali się regularnie. Sam udał się do Londynu kiedy tylko wylądowali e Nowym Jorku, poprosił Magnusa aby ten odtworzył by bramę. Ten bez wahania się zgodził. Wszedł do mieszkania, bez pukania uznał tą czynność za nie potrzebną, Zaczął wołać mężczyznę. Po kilku chwilach Sebastian pojawił się tuż przed nim.

- Co tu robisz?- zapytał widocznie zdziwiony na jego widok.

- Musisz mi pomóc.-oznajmił chłopak.

- Czekaj, czekaj gdzie do cholery jest Luna?

- Właśnie w tym musisz nam pomóc.

- Coś ty jej kurwa zrobił?-powiedział bardzo, ale to bardzo wściekły.

- Moja matka ją porwała. Musimy działać, szybko z tą kobietą nie ma żartów.- wyjaśnił.

- Dlaczego twoja matka miała, by porywać moją siostrzenice? 

- Planuje coś, nie wiem co, ale lepiej będzie jeśli szybko znajdziemy Lunę.

- Jaki masz plan.

- Musisz pojechać ze mną do Nowego Jorku.

- Żeby moja siostra mnie wykastrowała? Raczej mi się to nie uśmiecha.- prychnął.

- Tu chodzi o życie Luny.

- Wiem,do cholery jasnej wiem, ale robię to tylko dla niej.

- Czyli pojedziesz?- chciał się upewnić.

- Pojadę.




Luna



Dziewczyna znajdowała się w ciemnym zimny i miejscu. Z oddali był słychać uporczywe kapanie, tak jakby ktoś nie dokręcił kranu. Lecz na pewno nie był to kran, raczej woda skądś ściekała. Luna była przykuta do ściany, zupełnie jak to robili w średniowieczu. Ciężkie kajdany mocno zaciskały się na jej nadgarstkach. Niedawno się obudziła. Każdy stracił by przytomność gdyby ktoś potraktował go pieprzonym chloroformem. Na dodatek czuła w ustach metaliczny smak krwi. Aby ją unieszkodliwić porywacze przebili jej bok jakimś ostrzem. Rana była na tyle głęboka, aby dziewczyna nie mogła walczyć, lecz na tyle płytka aby nie umarła. Przynajmniej nie szybko. Spróbowała się podnieść, lecz od razu upadła. Ból był zbyt ostry. Spróbowała krzyczeć, to jednak jej wychodziło i to doskonale. Miała to po matce. Po godzinie usłyszała kroki. Spodziewała się, ze zaraz ujrzy tego samego faceta który ją porwał, ale jej oczom ukazała się kobieta. Jakieś trzydzieści osiem lat, średniego wzrostu, dość ładna. Podeszła do dziewczyny i przykucnęła przy niej. Popatrzyła się w jej oczy. Na pierwszy rzut oka można by pomyśleć, że jej spojrzenie jest przepełnione miłością, lecz to nie było to, jej spojrzenie było przepełnione jadem i czystą nienawiścią. Długo nic nie mówiły, W końcu Luna się odezwała. 

- Kim ty jesteś?

- Twoim największym koszmarem, maleńka.-powiedziała.

- Ja nawet pani nie znam.

- Oh, ale ja cię znam Luno, znam cię, a ty znasz mojego syna.

- Nie rozumiem.

- Sam nic dla ciebie nie znaczy?

- Co?

- Skoro nie pamiętasz go...

- Ty jesteś Amanda, matka Sama?

- Tak, niestety tak.

- Dlaczego tu jestem?

- Sam musi cierpieć, z ty jesteś jego światem, więc twoje porwanie go dobije.

- Dlaczego to robisz?

- To jasne chcę go zabić, nigdy nie powinien był się urodzić.- powiedziała z wielkim uśmiechem.

Luna nie wytrzymała i z trudem się podniosła. Kobieta była tak zaskoczona, ze w pierwszej chwili nie zareagowała. To wystarczyło Lunie, dziewczyna z całej siły walnęła kobiecie w twarz. Zrobiła to co chciała zrobić, od kiedy Sam powiedział, że go zraniła. Teraz mówiła, że chce go zabić, a nikt przy Lunie nie ma prawa tak mówić. Nikt nie skrzywdzi Sama, ona na to nie pozwoli. Dobrze wiedziała, że ją znajdzie. Z tą świadomością przyjęła serię cisów, które wymierzyła jej wściekła kobieta.